#PolkinaIslandii / Patreksfjörður

W dzisiejszym odcinku mojego projektu #polkinaislandii jedziemy na wspaniałe Fiordy Zachodnie Islandii gdzie odwiedzimy Ilonę.

Ilona ma 29 lat i wraz z mężem i dwójką dzieci (3,5 i 1,5) od 5 lat mieszka na Fiordach Zachodnich Islandii w małej miejscowości Patreksfjörður.

Patreksfjörður – miejscowość na północnym wybrzeżu fiordu o tej samej nazwie. Patreksfjörður wchodzi w skład gminy Vesturbyggð gdzie liczba ludności wynosi ok 1000 osób, a sama miejscowość to niespełna 700 mieszkańców. Odległość do Reykjaviku 400 km, zaś 510 km do Akureyri.

W Patreksfjörður mamy dwa sklepy spożywcze, aptekę i mały sklep z różnościami (trochę rzeczy drogeryjnych, trochę upominków i drobnostek do domu). I to by było na tyle. Wybór, jak widać, nie za wielki, dlatego ceny są raczej wysokie (patrząc na ceny w Polsce można je porównać do cen na stacjach paliw, albo małych osiedlowych sklepów).

Zakup świeżych owoców i warzyw bywa problemem, szczególnie zimą, kiedy przez pogodę często opóźniają się dostawy towarów do sklepów. Głównie przez wysokie ceny i trochę przez ograniczony wybór staramy się robić jak największe zakupy zawsze przy okazji wyjazdu do Reykjaviku. To, co się da, mrozimy albo chowamy w spiżarni. Wyposażenie naszej spiżarni, zdaniem niektórych, pomogłoby przetrwać nie tylko islandzką zimę, a nawet apokalipsę.

Na miejscu, kupujemy głównie owoce, warzywa i nabiał (chleb pieczemy sami, bo taki nam najbardziej smakuje. To, co się da, kupujemy przez internet i oczywiście, sporo rzeczy kupujemy w Polsce – głównie tych, które tutaj trudno spotkać, jak np. kasze. Przyjeżdżając tu z dużego miasta, np. z Warszawy, można przeżyć niemały szok, ale i zafundować sobie zakupowy detoks.

Spontaniczność
Jeśli chodzi o naszą spontaniczność, to należy tu wyszczególnić osobno zimę i lato, bo tutaj to dwie odrębne rzeczywistości. Latem jeszcze można pozwolić sobie na odrobinę spontaniczności, jaką jest wyjazd na koncert, pod namiot albo – szaleństwo! – do oddalonego o 5 godzin jazdy Reykjaviku.

Zimą nie tylko spontaniczność raczej nie wchodzi w grę, ale i planowanie czasem zawodzi, bo jesteśmy zdani na kaprysy, pogody. Tak naprawdę zimą od pogody mogą być uzależnione wszystkie nasze plany – nawet tak niepozorne jak wyjście do sklepu, bo czasem śnieżyca nie pozwala nawet otworzyć drzwi wejściowych. Bywa, że po śnieżycy wszystkie drogi wjazdowe do Patreksfjörður są zasypane tak, że nie da się stąd wyjechać.

Można się domyśleć, że zima, choć piękna, nie jest czymś, na co czekam z niecierpliwością. Jednak nawet latem mieszkając na Fiordach warto być przygotowanym na różnie sytuacje. Załóżmy, że jest piątek po południu, a ja, albo, co gorsza, któreś z moich dzieci zaczyna skarżyć się na ból ucha, pojawia się też gorączka. Przychodnia nieczynna, aptekę otwierają w poniedziałek koło południa, bez zapasu leków przeciwbólowych w domu mamy spory problem. Jesteśmy zdani na życzliwość znajomych i sąsiadów – na jej brak akurat nie mogę narzekać. Dobrze jednak mieć w zapasie to, co się da.

W Patreksfjörður znajduje się jedna, mała przychodnia, do której możemy się zgłosić w tych najpilniejszych sprawach, jak złamania czy inne urazy, oraz na badania krwi albo na wizytę do tzw. lekarza rodzinnego. Jeśli lekarz rodzinny oceni, że potrzebujemy pomocy specjalisty, może wypisać nam skierowanie do odpowiedniej przychodni w Reykjaviku albo w Ísafjorður (177 km) – największe miasto na fiordach zachodnich. Tam musimy się udać na wizyty do specjalisty wszystkie bardziej skomplikowane badania, jak USG czy rezonans, o operacjach i zabiegach nie wspominając. Co więcej, w miejscowej przychodni nie możemy wybrać, do kogo się zapiszemy, bo zawsze przyjmuje tu tylko jeden lekarz – co tydzień inny. To od lekarza często zależy, czy skierowanie zostanie wypisane, bo niektórzy mogą uznać, że nie ma ku niemu powodu. Samo jeżdżenie na wizyty do oddalonego Reykjaviku jest uciążliwe, jak się pewnie domyślacie, ale chyba przywykłam. W stolicy działa szpitalny hotel, w którym pacjenci mogą zarezerwować pokój, oraz dwa razy w roku przysługuje nam zwrot kosztów podróży na odbyte wizyty.

Wielu moich znajomych jest zaskoczonych tym, jak wygląda tu opieka nad kobietami w ciąży. W obu ciążach regularnie chodziłam do przychodni na badania krwi i moczu i na wizyty kontrolne do pielęgniarki (nie mamy na miejscu położnej). Kobiety ciężarne muszą odbyć dwa badania USG w Reykjaviku (ok. 12 i 20 tygodnia ciąży), ewentualnie więcej, jeśli podejrzewa się jakieś nieprawidłowości. A co z porodem, skoro na miejscu nie ma oddziału położniczego? W moim przypadku wyglądało to tak, że na dwa tygodnie przed porodem musiałam stawić się w Akranes (jakieś 40 km od Reykjaviku), gdzie znajduje się szpital położniczy oraz przyszpitalny hotel. Wraz z mężem (a przed drugim porodem dodatkowo z synem) czekaliśmy w hotelu na rozpoczęcie akcji porodowej. No dobrze, ale co, jeśli poród rozpocznie się wcześniej niż te dwa tygodnie przed terminem? Uwaga: Wtedy do Patreksfjörður przylatuje helikopter, który zabiera rodzącą do Reykjaviku.

Przedszkole mamy jedno, szkołę też (dla dzieci od 6 do 16 lat), więc rodzice nie mają wielkiego wpływu na wybór placówki i edukację swoich dzieci ;). W przedszkolu są cztery grupy wiekowe, różnej wielkości, od kilkuosobowej do prawie dwudziestki dzieci, a w każdej grupie oprócz nauczyciela są też zazwyczaj dwie osoby wspomagające. Od niedawna najstarsza grupa, (czyli cztero- i pięciolatki) ma swój oddział nie w przedszkolu, lecz w szkole. Dzieci dużo czasu spędzają na świeżym powietrzu, starsze grupy mają zajęcia muzyczne i sportowe (ale to pewna nowość, więc nie wiem, czy są to jakieś zorganizowane zajęcia, czy swobodna zabawa na sali gimnastycznej)

Od niedawna w przedszkolu i szkole pracuje nauczycielka-terapeutka, która pomaga uczniom mającym problemy na przykład z motoryką małą, czyli np. pisaniem i rysowaniem. Dodatkowo w szkole dzieci z trudnościami w nauce mogą uczestniczyć w zajęciach wyrównujących ze specjalnie powołanym do tego nauczycielem. Ta sama osoba pomaga także tym polskim dzieciom, które niedawno przeprowadziły się na Islandię i muszą odnaleźć się w nowej szkolnej rzeczywistości. Raz na jakiś czas szkołę i przedszkole odwiedza logopeda, który rozmawia z dziećmi i diagnozuje ewentualne problemy, a uczniowie, którzy mają trudności, mogą co tydzień odbyć wideo rozmowę z terapeutą.

Szkolne dzieciaki oprócz standardowych przedmiotów mają zajęcia praktyczne, np. gotowanie, szycie i robienie na drutach czy obróbka drewna. Po lekcjach można uczyć grać się na instrumencie w tutejszej szkole muzycznej oraz uczestniczyć w zajęciach sportowych. Jeśli chodzi o poziom, to wydaje mi się, że jest niższy niż w Polsce, a dzieci mają mniej prac domowych. Niech już każdy sam według siebie oceni, czy to dobrze, czy źle. Ja akurat fanką prac domowych nie jestem, ale uważam, że poziom nauczania mógłby być nieco wyższy.

Ciekawostka: rodzice nie płacą za podręczniki, są one własnością szkoły. Większości książek uczniowie nie noszą w plecaku, ale trzymają je w wyznaczonym miejscu w klasie.

Jeśli chodzi o pracę to tutaj wybór jest mocno ograniczony, bo miejsca pracy są, ale zakładów nie ma za wiele. Najwięcej osób zatrudnia lokalna przetwórnia rybna, do innych większych miejsc pracy należą przedszkole, szkoła, szpital i sklepy spożywcze. Prawie wszędzie potrzebna jest przynajmniej podstawowa znajomość języka islandzkiego.  Praca w turystyce dostępna jest tylko w sezonie – od października do maja hotele i restauracje nie zatrudniają zbyt wielu pracowników.

Przeprowadzając się na Islandię, znałam może dwa albo trzy zwroty po islandzku. Z poprzednich, krótkich, wakacyjnych pobytów na Fiordach wiedziałam, że bardzo dobra znajomość angielskiego mnie uratuje, bo wszędzie mogłam się dogadać po angielsku.

Po przeprowadzce oczywiście angielski wciąż się przydawał, jednak kolejni Islandczycy, których poznawałam, mimo, że świetnie mówili po angielsku, woleli mówić do mnie po islandzku i oczekiwać, że sama odpowiem im w tym języku. Był to dla mnie rzut na głęboką wodę, a początki były trudne, nie ukrywam, ale naprawdę wiele się w ten sposób nauczyłam.

Na pewno pomogły kursy języka islandzkiego, które są tutaj organizowane kilka razy do roku i na różnych poziomach (zależnie od ilości chętnych i ich potrzeb). Jeśli jednak ktoś chce przyjechać na Fiordy Zachodnie w celach czysto turystycznych, uspokajam: bez problemu dogadacie się po angielsku, wszędzie albo prawie wszędzie.

Zaplecze turystyczne rozwija się tutaj z roku na rok (choć, wiadomo, ten moment jest wyjątkowo trudny okres). W kwestii noclegu, turyści mogą wybierać spośród wielu opcji: hotel, guesthouse, airbnb i pole kempingowe.

Atrakcji turystycznych też nam nie brakuje, ale zdecydowanie nie chodzi mi o muzea. Najmocniejszą stroną Fiordów Zachodnich są przepiękne krajobrazy: wodospady, góry, plaże i ogrom przestrzeni oraz oczywiście samo Patreksfjörður, malowniczo położone przy zatoce. W mieście znajdują się trzy restauracje, dwa sklepy spożywcze oraz stacja paliw.

Najpopularniejsze pobliskie atrakcje to klif Látrabjarg – najdalej wysunięty na zachód punkt Islandii oraz gratka dla miłośników ptaków (zobaczycie tu m.in. maskonury), plaża Rauðisandur, na których można spotkać foki. A także jeden z najpiękniejszych wodospadów Islandii – Dynjandi.

Polacy stanowią spory odsetek ludności Patreksfjörður (szacuję, że około 10%). Spora część polonii pracuje w zakładzie rybnym w mieście albo sąsiednim Bíldudalur. Część osób pracuje w szkole, w przedszkolu i w sklepie. Oczywiście znamy lub przynajmniej kojarzymy się wszyscy albo prawie wszyscy.

Mamy swoje stowarzyszenie, od czasu do czasu odbywają się wspólne imprezy dla dzieci lub dla dorosłych. Z okazji stulecia niepodległości Polski zorganizowaliśmy uroczystość w lokalnym domu kultury. Był poczęstunek (oczywiście obfity, bo polski), koncert z udziałem dzieci i młodzieży, recytacja wierszy oraz krótka opowieść o historii Polski – po polsku, angielsku i islandzku. Byłam autentycznie wzruszona naszą polską mobilizacją i naprawdę wysoką frekwencją, bo na spotkanie przybyło prawie całe miasteczko!

W Reykjaviku bywamy dość często (kilka razy do roku), biorąc pod uwagę, że dzieli nas tyle kilometrów i podróżujemy z dwójką małych dzieci. Drogę skraca prom płynący od niedalekiego Brjánslækur do Stykkishólmur, albo samolot krajowy z Bíldudalur do Reykjaviku, jednak zdecydowanie częściej wybieramy trasę przez góry.

Do stolicy jeździmy zazwyczaj w jakimś “praktycznym” celu: na zakupy, do lekarza itp. Oczywiście przy okazji każdej wizyty staramy się skorzystać z tego, że w Reykjaviku możemy zrobić zakupy dużo taniej niż w Patreksfjörður. Kiedy jeszcze byliśmy bez dzieci, zdarzało nam się pokonywać trasę tam i z powrotem w ciągu jednego dnia, teraz każdy wyjazd to przynajmniej dwudniowe przedsięwzięcie.

Jeśli czas nam pozwala, staramy się korzystać z wielkomiejskich atrakcji, takich jak park trampolin czy koncerty. Z początku częste pokonywanie takiej odległości uważałam za uciążliwe. Teraz chyba się przyzwyczaiłam, a przy okazji przylotu do Polski dwuipółgodzinna trasa z Warszawy do mojego rodzinnego miasta zlatuje jak z bicza strzelił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.