Gdzie jestem swoja, a gdzie obca? Absurd emigranckiej codzienności.

Mówi się, że dziś świat stoi otworem. Można mieszkać w jednym kraju, pracować w drugim, podróżować bez większych przeszkód, zakładać rodzinę ponad granicami i swobodnie układać życie tam, gdzie jest nam najlepiej. W teorii brzmi to jak znak czasów nowoczesnej Europy, otwartej, mobilnej i przyjaznej ludziom.

W praktyce bywa zupełnie inaczej.

Emigrant czyli skąd tak naprawdę jesteś?

Ludzie dawno ruszyli do przodu, lecz wiele przepisów zostało w miejscu. Urzędy nadal lubią prosty podział: swój albo obcy, obywatel albo cudzoziemiec, miejscowy albo przyjezdny. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie mieści się w jednej szufladzie.

A przecież takich osób jest coraz więcej. Emigranci, osoby z podwójnym obywatelstwem, rodziny międzynarodowe, ludzie pracujący za granicą i wracający regularnie do kraju. Dla systemu to często kłopotliwy wyjątek. Dla emigranta, codzienność.

I wtedy zaczynają się pytania: kiedy jestem Polką, kiedy Islandką, kiedy rezydentką, a kiedy tylko numerem w formularzu? Który paszport wyciągnąć? Na jaki dokument kupić bilet? Gdzie moje prawa obowiązują naprawdę, a gdzie tylko teoretycznie?

Gdzie korzystać z Tax free?

Jako Polka mieszkająca na Islandii, posiadająca rezydencję, powinnam móc ubiegać się w Polsce o zwrot podatku VAT przy zakupach, skoro na stałe mieszkam poza Unią Europejską. Tak mówi logika. Tak podpowiada zdrowy rozsądek. Tak wydawałoby się powinien działać system.

Ale wtedy pojawia się biurokracja.

Nagle okazuje się, że nie liczy się to, gdzie mieszkam, gdzie płacę podatki i gdzie toczy się moje życie. Liczy się dokument. Polski paszport potrafi zamknąć drogę do procedury. Karta rezydencji jest niewystarczająca. Informacja o miejscu zamieszkania nie zawsze interesuje system. Formularz chce jednego: paszportu.

I tu zaczyna się absurd.

Jeśli jesteś emigrantem z polskim paszportem i rezydentem Islandii, a nie posiadasz drugiego obywatelstwa, w praktyce zostajesz zawieszony między systemami. W Polsce możesz usłyszeć, że sam polski paszport nie pasuje do procedury Tax Free, mimo że mieszkasz poza Unią Europejską. Z kolei na Islandii, jako rezydent, również nie przysługuje Ci Tax Free, bo ten system jest przeznaczony dla odwiedzających, a nie dla osób tam mieszkających.

Jeśli natomiast ktoś posiada dwa obywatelstwa i dwa paszporty, sytuacja nagle staje się prostsza. W polskim sklepie może posłużyć się islandzkim paszportem i procedura przechodzi sprawniej. Ta sama osoba, te same zakupy, ten sam adres zamieszkania, ten sam status życiowy. Zmienia się jedynie dokument pokazany przy kasie.

I właśnie tu widać absurd całego systemu. Nie decyduje realne miejsce życia człowieka, lecz okładka paszportu. Jedni są wykluczeni, drudzy mają łatwiej, choć ich sytuacja faktycznie bywa niemal identyczna.

W Polsce musisz być Polakiem!

Ale na tym nie koniec. Wystarczy wyjść ze sklepu i wrócić do kontaktu z polskim państwem, by sytuacja odwróciła się natychmiast. W Polsce obowiązuje zasada pierwszeństwa obywatelstwa polskiego. (*Więcej o tym pisałam w TYM ARTYKULE na blogu). Oznacza to, że wobec polskich władz taka osoba musi być Polakiem i posługiwać się polskimi dokumentami.

Czyli w praktyce:

w sklepie – bądź Islandką,
na lotnisku – bądź Polką,
w urzędzie – bądź Polką,
a najlepiej to nie stwarzaj problemów.

Unia, Schengen, ETA, ESTA…

Dochodzi jeszcze temat Unii Europejskiej, strefy Schengen i krajów, które są w jednym układzie, ale nie są w drugim. Islandia jest w Schengen, ale nie w Unii Europejskiej. Wielka Brytania wyszła z Unii, więc nagle pojawiają się dodatkowe formalności, jak ETA. Lecąc do Stanów to już ESTA, a może wiza? Człowiek kupuje bilet i najpierw musi ustalić, kim właściwie jest na tej konkretnej trasie.

Jakiego paszportu użyć?
Na który dokument kupić bilet?
Na który dokument wypełnić ETA?
Na którym dokumencie wjechać?
Który pokazać przy odprawie?

Współczesny podróżny coraz częściej nie planuje wakacji. On rozwiązuje łamigłówkę administracyjną.

Jestem z zagranicy

Do tego dochodzą sprawy rodzinne. Jeśli dziecko ma inne nazwisko niż matka lub ojciec, często trzeba dodatkowo udowadniać, że to Twoje dziecko. Dokumenty, zgody, akty urodzenia, tłumaczenia. Absurd? Owszem. Codzienność? Również.

Z tym problemem mierzy się zresztą wielu Islandczyków podróżujących za granicę, bo różnice nazwisk w rodzinie są tu czymś normalnym. Systemy graniczne nie zawsze nadążają za rzeczywistością społeczną.

Najbardziej uderza to, że nie zmienia się człowiek. Nie zmienia się jego rodzina. Nie zmienia się miejsce zamieszkania. Zmienia się tylko instytucja, która akurat patrzy.

Jedna widzi obywatelstwo.
Druga widzi rezydencję.
Trzecia widzi numer dokumentu.
Czwarta widzi nazwisko dziecka.
Piąta widzi problem.

Tak właśnie wygląda codzienność wielu emigrantów. Ludzi, którzy żyją normalnie między krajami, a mimo to stale muszą udowadniać, kim są. Na Islandii jestem z zagranicy i w Polsce bywam „z zagranicy”. Tu za bardzo obcy, a tam na za mało swoi.

Słyszymy często, że Europa jest otwarta, nowoczesna i mobilna. Być może. Ale wiele systemów administracyjnych nadal myśli kategoriami z ubiegłego wieku.

A Wy? Macie podobne doświadczenia z podwójnym obywatelstwem, rezydencją za granicą, różnymi nazwiskami w rodzinie albo przepisami, które wzajemnie sobie przeczą?  Podejrzewam, że takich historii jest bardzo dużo.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *